września 10, 2016

3,2,1 bungee!

Voucher dostałam od małżonka już jakiś czas temu. Leżał i się kurzył, czekał na lepszą pogodę, nie było czasu, zawsze jechaliśmy gdzieś nie po drodze, lub po prostu małżonek miał akurat pracującą sobotę.
To był prezent z okazji rocznicy ślubu. Znajomi śmiali się, że chce się mnie pozbyć. 
Prawda jest zupełnie inna. To ja chciałam skoczyć. Było to moim marzeniem, to dla mnie forma umocnienia wiary w samą siebie. Zawsze byłam gdzieś z tyłu, nie wierzyłam w swoje możliwości. Dziś, jestem już pewna, że potrafię wiele. Pokonam każdą przeciwność losu. 




Jak było? 



Kiedy staliśmy i obserwowaliśmy jak skaczą inni, przebierałam nóżkami. Chciałam już wjechać w tym koszyku na moje 33 piętro i wziąć głęboki oddech. 
Postanowiłam, że nie będę patrzeć w dół. Wiedziałam, że jeśli to zrobię może mnie zjeść strach. Pan instruktor pozwolił mi się rozejrzeć dookoła, kiedy już się zatrzymaliśmy. Nie bałam się. Widok był piękny. 









Byłam przypięta z tyłu, koszyk był zamknięty. Stopy wystawały lekko poza "podłogę" kosza. 
Na dole stał małżonek i Bartek. 
Małżonek stwierdził, że nie było po mnie widać strachu, że On bał się bardziej niż ja. 
I to jest prawda. Bo ja na prawdę nic a nic się nie bałam. 
Kiedy stałam tam u góry czułam jak w dół ciągnie mnie lina umocowana u moich stóp. 

Instruktor odpiął mnie, otworzył linkę przede mną. Powiedział, że policzy 3,2,1 i na słowo "bungee" mam się przechylić do przodu. Nie uginać kolan, nie łapać liny. 
Byłam posłuszna - tak też zrobiłam. 



Czy warto?

Prócz obtartych stóp i pękniętej żyłki na nadgarstku z całym przekonaniem stwierdzam, że TAK. 
Pokonywanie swoich słabości (a strach zdecydowanie do nich należy) i udowodnienie (nie innym) sobie, że potrafimy robić tak spektakularne rzeczy - jest świetne. 



Moment kiedy lecisz w dół, bezwładnie, szybko jest bardzo przyjemny. Gorzej kiedy lina się kończy i następuje to szarpnięcie. Flaki i mózg przewracają się by po chwili wrócić na swoje miejsce ;) 



Nie krzyczałam ze strachu, krzyczałam z radości. Nie uginały się pode mną nogi, kiedy stanęłam znów na ziemi. Byłam po prostu szczęśliwa. Serio!
Jeśli sie zastanawiacie czy skoczyć - tak, polecam. 



Dostałam certyfikat i mam filmik, który nie jest porażający, bo kamerka była pod moją piersią (nie wiem czemu nie na ręce). Ale to nie jest istotne. Istotne, że mogę odkreślić na swojej liście "Przed trzydziestką", że spełniłam jedno z tych najbardziej szalonych marzeń. 



Dzięki Mąż :) 
Bungee Gdańsk dziękuję za profesjonalną obsługę i jednocześnie bardzo miłą :) 

6 komentarzy:

AgaMamaDusi pisze...

Wow... Brawo Ty... Ja bym się w życiu nie odważyła.

Edyta K pisze...

Z jednej strony bardzo bym chciała, ale z drugiej tak się boję! Brawo dla Ciebie, że się odważyłaś!

Katarzyna Kuźnicka pisze...

Też skakałam na bungee, a kolejnym krokiem był dream jump:) polecam sprawdź jeśli lubisz takie wyzwania. To skok z 222m. W Głogowie jest najwiekszy w Europie skok z komina. Coś wspaniałego choć mój strach był ogromny ale przeżycia wspaniałe :)

Mama Calineczki pisze...

Gratuluję odwagi... :) Dla mnie bungee to granica nie do pokonania. ;)

Lenka Murawska pisze...

Podziwiam! Podobno po skoku człowiek rodzi się na nowo.

Bookendorfina Izabela Pycio pisze...

Fantastycznie jest móc zrealizować swoje marzenie, natychmiast taka szalona radość i duma z siebie w człowieku się wyzwala, wspaniałe uczucie. :)

Copyright © 2016 Mother and Son , Blogger