sierpnia 15, 2016

Spontaniczne wakacje na wsi.

Nasz wyjazd wypadł dość spontanicznie. Właściwie w trzy dni znaleźliśmy nocleg {co nie było łatwe, bo wszystkie fajniejsze już zajęte}, ale to normalka, że zawsze czekamy na ostatnią chwilę, a potem obchodzimy się ze smakiem. No dobra, nie wybrzydzajmy już na samym początku. Nie było tak źle, bo każde z nas wróciło z czymś. 



Ja - matka : 
- odpoczęłam, w sensie zresetowałam mózg. nie myślałam o problemach. wszystko zostawiłam w domu.
- zaliczyłam kąpiel w jeziorze
- naspacerowałam się za wsze czasy
- polubiłam na nowo jazdę rowerem
- nie musiałam biegać za Młodziakiem, bo niemal cały wolny czas przy kwaterze spędzał na grzecznej zabawie
- przeczytałam 40 gazet {kopalnia gazetowa w szafie w jednym z pokojów}.
- oddałam krew komarom. mam około 30 pogryzień.



Żałuję tylko, że wciąż się nie wyspałam. Nadal w sferze marzeń pozostaje spanie od 10 do 10 ;) 

Młody :
- trafił mu się pół roku starszy kolega, więc miał towarzysza zabaw. Dodatkowo 3 dziewczyny starsze w przedziale wiekowym 6-8 z którymi też spędzali czas. 
- pogoda była w kratkę ale dziennie spędzał 8h na dworze. 
- polubił jazdę w foteliku rowerowym
- kąpał się w jeziorku
- odwiedził muzeum kolejnictwa, a w nim ukochanego Tomka, Edka, Piotrusia, Hanzo, Pett'a, Emilkę. Cały tabor kolejowy ze "Stacyjkowa" i "Tomka i przyjaciół"





















Tatowy też odpoczął. Też odrobinkę go pogryzły komary, ale w porównaniu do mnie to pikuś. 
Też pojeździł na rowerku i chyba się z nim polubił. Na przyszłe lato planujemy zakup własnych jednośladów. 



Jak wspominałam, pogoda była w kratkę. Byliśmy otoczeni dwoma jeziorami i chyba to sprawiało, że pogoda zmieniała się jak w kalejdoskopie. Kiedy wychodziło słońce był upał, a za 10 minut zachmurzyło się i z krótkich spodenek zmienialismy na ciepłe dresy. 



Nasza Lusia też miała dobrze. Co prawda suczka właściciela troszkę nam psuła szyki, bo nasza boi się większych od siebie, wiec biegiem jak tamta pojawiała sie na horyzoncie trzeba było naszą zamknąć. 



Mieliśmy akcję "mysz". O północy obudził mnie szelest za komodą. Obudziłam małżonka i mówię, że mamy mysz w pokoju. Nie uwierzył, myślał że mi się śniło. Nasłuchiwaliśmy chwilę, zgasiliśmy światło i znów.. tym razem głośniejszy huk i już nie za komodą, ale na szafkach kuchennych (spaliśmy w pokoju z aneksem kuchennym). Taki huk, jakby talerze miały pospadać z szafek. Wtedy mi uwierzył. Przenieśliśmy się do pokoju Bartka, bo nie moglibyśmy usnąć, jakby gryzoń mały nas tak co chwilę budził. Rano zastawiliśmy pułapkę i na następny wieczór szaraczka się złapała. To była kara za to, że podjadła pralinkę i zostawiła okruszki od złotka na kuchence ;) 



Cóż tu dużo mówić, o samej kwaterze opowiem Wam w następnym poście, ale nasze wakacje choć krótkie uznaje za przyjemne. Dobrze tak wyłączyć głowę, oddać się nasłuchiwaniu ptaków i pomoczyć nogi w jeziorze oddalonym o kilkaset metrów. 
I nie istotne, że było kilka minusów {wszędzie są}, bo ważniejsze jest to, że Barti się świetnie i bezpiecznie mógł wybawić, a ja patrzyłam na Jego uśmiech i czułam się jeszcze szczęśliwsza. 






2 komentarze:

Kasia7212 pisze...

takie wakacje są fajnym resetem :)

Alicja WYSPA SZCZĘŚLIWA pisze...

Uwielbiam takie miejsca. Cisza , spokój ,klimat. Uczę moje dzieci ,że można fajnie spędzić czas nie goniąc i szukająć kolorowych, plastykowych atrakcji. No cóż, oni wciąż je lubią ;)

Copyright © 2016 Mother and Son , Blogger