lipca 18, 2016

- Nie dziękuję, on tego nie jada - czyli o tym jak zabieram dzieciństwo swojemu dziecku.

Ciąża zwykle jest pięknym okresem. 
Dla mnie była, do momentu kiedy nie usłyszałam, że mam cukrzycę ciążową. 
Mój stan błogosławiony stał się koszmarem sennym, bo zaczęłam drżeć o zdrowie mojego Groszka. Na każdym usg obawiałam się o to, ile Okruszek przybrał, a kiedy usłyszałam termin "podejrzenie makrosomii płodu" mimo katowania się dietą, zwracania uwagi na ilość węglowodanów w każdym posiłku byłam kłębkiem nerwów. 
Na szczęście Barti urodził się z wagą całkowicie normalną : 3650 gram i był idealnie proporcjonalny.

To właśnie w tym trudnym okresie weszło mi w krew zwracanie uwagi na etykietki kupowanych produktów. 
Jogurty, soki w kartonie, wszelkie desery w tubkach - ZAWSZE sprawdzam ile zawierają węglowodanów i jaki mają skład. Czy nie zawierają jakiś ulepszaczy, barwników, konserwantów. 
To nie jest psychoza. Po prostu dbam o to co podaje mojemu Dziecku. Dlaczego? 

 Bo mogę.
Jeszcze mogę i jeszcze mam na to wpływ. Okres od niemowlęctwa do wczesnoszkolnego jest dla naszych dzieci bardzo ważny. To wtedy kształtujemy ich pogląd na jedzenie, ich nawyki. Jeśli w domu pije się tylko gazowane, kolorowe napoje - wiadomo, że dziecko nie będzie piło wody, 100% soków. 

Jeśli rodzice nie lubią kasz, płatków owsianych i nie jadają ich - oczywiste, że dziecko nie poznając ich smaku nie będzie ich jadło. 

Na naszym weekendowym wyjeździe Bartek został dwukrotnie poczęstowany słodyczami,
których nie jada. Odmówiłam w Jego imieniu, mimo że nie byłam zapytana o to czy Bartek może to zjeść. Kiedy ja chcę poczęstować czymś obce dziecko najpierw pytam czy może ono to zjeść. Liczę się z tym, że może ma alergię (na mleko, czekoladę itd.) lub po prostu własnie jak moj syn - nie jada tego typu przekąsek. 

Zachwycam się zdjęciami z naszego biwaku, bo pokazują one jak idealne proporcje w pasie ma Młody. Wiem, że to w dużej mierze moja zasługa. Ale Misia też, bo dzięki mojemu pilnowaniu tego - Mały przyzwyczaił się, kiedy zabraniam zjeść Mu mambę czy piankę YoYo. 
Nie protestuje tupiąc nogami. W zamian dostanie herbatnika czy loda raz na jakiś czas. 
I dlatego jestem z Niego bardzo dumna. 


Nie wydaje mi się, że krzywdzę Go swoimi decyzjami. Nie ma też przez to gorszego dzieciństwa, bo ilość przybranych kilogramów nie jest wyznacznikiem radości. 
Robię to dla Jego dobra, sama mam sporo zbędnych kilogramów, na które pracowałam przez całe dzieciństwo. Nikt nie liczył ile zjem węglowodanów w kolejnej Princessie czy czekoladowym Grześku. A dziś zmagam się z zaleczoną niedoczynnością tarczycy i balansującym na granicy poziomie cukru. Nie chcę, żeby mój syn musiał wysłuchiwać że jest gruby, żeby miał zadyszkę po przebiegnięciu boiska podczas wf-u. 
Dlatego dziwi mnie, że mój sprzeciw podczas częstowania, często jest karcony wzrokiem rodziców. Nasze dzieci zdążą się jeszcze najeść chemii przez całe życie, dlatego póki mogę decydować o tym co je Bartosz i w jakich ilościach zamierzam z tego korzystać. 





Jak widać po zdjęciach - wyjazd bardzo udany :) 



Brak komentarzy:

Copyright © 2016 Mother and Son , Blogger