czerwca 27, 2016

Skrawki moich myśli.

Poniedziałek po przymusowym urlopie zaliczony. Zawsze kiedy idę na poranny spacer z Młodą, nad morze jest tak cicho i przyjemnie. Siadam na ławce i zapatruje się na fale i łabędzie. Uwielbiam tam przychodzić tak wcześnie. Mam czas, żeby zebrać myśli, naładować baterie na cały dzień. To właściwie lepsze niż kawa. Orzeźwia i stawia na nogi. 

*** 

Ostatni weekend był trudny. Odbyliśmy kolejną rozmowę na istotny dla mnie temat. Skończyło się jak zawsze. Uderzam głową w betonowy mur. Cokolwiek bym nie zrobiła i tak, zawsze wszystko rozbija się o brak mojej stabilnej pracy. Ja wiem, że to ważne, ale nie najważniejsze. Ludzie żyją w trudniejszych warunkach i dają sobie świetnie radę. Kochają się i wspierają. A u nas nie ma niczego. Ani pełnego po brzegi portfela, ani miłości ani wsparcia. I to jest właśnie najgorsze. Zawsze myślałam, ba... wierzyłam naiwnie, że miłość nie polega na tym, żeby patrzeć na siebie, tylko na tym, żeby patrzeć razem w jednym kierunku. A my patrzymy w zupełnie różnych. Te rozbieżności stają się coraz dokuczliwsze. 

*** 

Kiedyś miałam mamę i tatę. Potem zaczęło się psuć. Zaczęłam uczestniczyć w kłótniach, słuchałam jak ojciec wykrzykuje się na mamę. Bałam się. Zaczęłam miewać szumy w uszach na tle nerwowym. 

Obiecałam sobie, że moje dziecko nigdy nie będzie uczestnikiem takich sytuacji. 
A wczorajsze słowa mojego Maluszka odbijają się mi do dziś echem... "Mamo, a dlaczego tatuś na Ciebie krzyczał?". On tak wiele rozumie, i chociaż staram się odpowiadać Mu na wszystkie pytania z cyklu "A dlaczego... ?" , na to nie potrafiłam odpowiedzieć. 

***

Siedziałam dziś na tej ławce, tuż przy molo. Popołudniem spacerowało tam mnóstwo ludzi. Boleśnie patrzy sie na uśmiechnięte, radosne twarze zakochanych. Za każdym razem kiedy odczuwam to kłucie, mam ochotę wskoczyć w jakieś krzaki żeby nie wystawiać zapłakanej facjaty na widok publiczny. 
Szlag by to wszystko strzelił. Nie tak sobie to wyobrażałam. Nie tego chciałam dla swojego dziecka. 

***

Wracam do domu i biegnę po Misia. Ostatnio uwielbiam kiedy mocno chwyta swoimi rączkami moją szyję i przytula. Brak mi tego, a Jego ramiona mają magiczną moc przeganiania smutków. Są jak magiczne obręcze, które zostawiają poświatę bezpieczeństwa, przez którą nie przedostaną się smutkowe potworki. 




Brak komentarzy:

Copyright © 2016 Mother and Son , Blogger