czerwca 08, 2016

Gdzie jest hamulec?

Ostatnie dwa tygodnie w moim / naszym życiu to jakiś kosmos. Totalny armagedon. Mam wrażenie, że wsiadłam do kolejki górskiej i nie mogę się zatrzymać, ba nawet o wysiadce nie ma mowy. Dni przelatują mi tak między palcami, że zastanawiam się kiedy zabraknie mi sił. 



6:30 - często budzę się przed budzikiem, dolegiwuje się jeszcze chwilę, zerkam czy nie przyszła jakaś dobra wiadomość dot. spotkania dla blogerek, i wstaje.
7:24 - pierwszy autobus w drodze do pracy. codziennie mijane te same twarze, równie zaspane jak moje. Codziennie brakuje mi kilku godzin snu, chociaż dzielnie się staram potrzebowałabym się chyba skimać tak od 20 do 10, wtedy bym odżyła. 
8.00 - 15.00. - praca ciężka nie jest, chociaż Mała H. miewa swoje humorki. Większość czasu spędzamy na spacerach, więc mam okazje na dodatkową aktywność fizyczną i na odebranie maili. Do domu wracamy tylko na posiłki i sen. Do południa czas leci wolniej, ale od obiadu już z górki. 
15.03 - autobus powrotny do domu. W sumie biegiem na niego lecę, bo muszę zdążyć inaczej czeka na mnie kilku metrowy korek i będę 15 minut później po Młodego w przedszkolu. 
16.00 - odbieram Misia z placówki i lecimy do domu. Jeśli zjadł obiad (a ostatnio znów niestety nie jada) to idziemy od razu na zakupy lub spędzamy czas na dworze, jeśli nie - zaczynamy od obiadu.
Popołudnie i wieczór spędzam w kuchni na pichceniu obiadu na następny dzień. 
Siadam dopiero koło 19, kiedy Barti kąpie się z tatą i idzie spać. Często o 21 ziewam już jak smok, i padam na twarz, a wciąż tyle mam do zrobienia... 

Każdego dnia marzę sobie o jakimś wyjeździe, o poleżeniu na jakiejś piaszczystej plaży, przy ciepłym morzu. Nabraniu powietrza w całe płuca, strasznie mi się tego chce, a jakiejkolwiek perspektywy czy inicjatywy niespodziankowej od Małżonka brak. Także na marzeniach się kończy - jak zwykle. 

Czy tylko u mnie takie wariactwo ostatnio, czy u Was też? 

Brak komentarzy:

Copyright © 2016 Mother and Son , Blogger