maja 12, 2016

Małżeństwo bez lukru.

Kiedy byłam dzieckiem wierzyłam, że każdy człowiek spotyka na swojej drodze mężczyznę / kobietę, która została mu przeznaczona. Ot taka druga połówka jabłka lub pomarańczy - jak kto woli. 
Na serio w to wierzyłam. Spotykałam różne pary i obserwując dochodziłam do wniosku, że w sumie małżeństwo to dość fajna sprawa o ile małżonkowie są sobie równi, szanują się i problemy ich zbliżają, a nie oddalają od siebie. 

Rozwód moich rodziców sprawił, że obiecałam sobie iż mój przyszły mąż będzie kompletnym przeciwieństwem mojego ojca. 
Marzył mi się ciemnooki brunet, który silną ręką będzie wspierał mnie w dążeniu do spełniania marzeń, który będzie potrafił mówić o swoich uczuciach nie wstydząc się ich. 
Chciałam czuć się kochana i doceniana, bo wiedziałam że będę dobrą żoną. 

Moje związki z mężczyznami były raczej krótkotrwałe. Z każdego starałam się wyciągać wnioski i skrzętnie pielęgnować je na dnie zranionego serca. Mówią, że najlepszym lekarstwem na straconą miłość, jest znalezienie kolejnej, więc nie traciłam czasu. I tak znalazłam S. z którym byłam prawie 3 lata, który był moim pierwszym poważnym chłopakiem, kochankiem, przyjacielem. Planowaliśmy wiele, dopóki nie oświadczył, że wyjeżdża na staż do Londynu. Wyjechał, poznał Filipinkę i dziś ma z Nią dwoje słodkich bobasów. 

Po S. było jeszcze kilku amantów, muzyków, łobuzów. Nie wypieram się faktu, że własnie takich lubiłam. Łobuzów z iskrą w oczach, i nie tylko. 
Ł. był kompletną pomyłką, która trwała zdecydowanie za długo, nie potrafiłam uwolnić sie z toksycznej pajęczyny, bo tak strasznie szukałam miłości, wierząc w każde kłamstwo, które mi serwował. 

Miałam 20 lat. Rzuciłam z głupoty studia, a w marcu pojawił się ON. 
On właśnie został moim mężem i ojcem mojego syna. 

14 maja obchodzimy drewnianą rocznicę. 
Jakie jest nasze małżeństwo? Czasem mam wrażenie, że właściwie go nie ma. Żyjemy pod jednym dachem, rozmawiamy ze sobą, mamy wspólnego syna. Ale stoimy w miejscu. 
Parszywe życie, rzuca nam wciąż pod nogi kłody i nie pozwala odbić się od dna. Każda porażka, każdy problem oddala nas od siebie, bo nie potrafimy go rozwiązać. Wisi nad nami czarna, deszczowa chmura, którą nie przepędza żaden wiatr. 

Podróżując autobusami obserwuje ludzi. Lubię to. Szczególnie młode, zakochane pary. Patrzę na nich, na ich dłonie, palce czy mają obrączki. Jeśli tak, zazdroszczę im. Ich spojrzenia bywają tak beztroskie, lekkie. Nasze już takie nie są. Jesteśmy zmęczeni walką o codzienny byt. 
Bo małżeństwo to ciągła walka, to tak jakby ktoś uciskał ci szyję a ty próbujesz chwycić choć łyk powietrza, by móc wziąć oddech. 
Nie wiem co może nas uratować. Monotonia rozgościła się w naszym salonie. Praca, dom, rachunki, Barti, kłótnia o to, kłótnia o tamto. A w większości winna jestem ja. No bo to ja nie potrafię żyć jak przystało na 29-latkę. 
To boli. 

Czasem oglądam nasze zdjęcia z wakacji. Czuję wtedy dotyk tych dłoni, które dotykały mojej głowy, mojej twarzy. Słyszę, jak szepcze mi do ucha sprośne komplementy. 
To takie pierdoły, za którymi tęskni się i marzy o nich, co noc przed zaśnięciem. 

Gdybym dziś mogła cofnąć czas, inaczej ułożyłabym swoje życie.
Skończyłabym te studia, nie szukałabym miłości na czacie. Pozwoliłabym sobie na to, aby życie potoczyło się swoim rytmem. 
Tylko czy byłabym wtedy szczęśliwą mamą? 
Bo jestem nią. 
Tylko nią. 


1 komentarz:

Agnieszka Meksula pisze...

Moje malzenstwo rozpadlo sie z calkiem innego powodu. Teraz jestem szczesliwa z kims,mamy dziecko i choc on chcialby slubu,ja na razie nie chce. Bo mam wrazenie,ze ten glupi papierek niszczy zwiazek... Zycze powodzenia-mam nadzieje,ze znowu znajdziecie w sobie ta milosc co byla na poczatku :-)

Copyright © 2016 Mother and Son , Blogger