maja 04, 2016

Gdzie się podziały te czasy?! Czyli Zabawy lat '90 w pigułce!

Jeśli nie pada i wiatr nie zrywa czapek z głowy, codziennie jesteśmy z Małym na dworze.
Najczęściej bierzemy rower i odwiedzamy kilka placów zabaw. Ostatnie słoneczne dni utwierdziły mnie w przekonaniu, że coś jest nie tak. Dzieci na placu zabaw zdecydowanie mniej i nasuwa mi się pytanie.. Co one robia w taką piękną pogodę? 
Kiedy byłam dzieckiem spędzałam wszystkie wolne chwile na dworze. Wystarczyło "meldować" się na domofonie co 2h, żeby mama wiedziała, że jest się całym. Pamiętam doskonale jak pilnowałam czasu na zegarku (nie na komórce) i przybiegałam punktualnie za każdym razem pytając "Mogę jeszcze być?" , a jaki płacz był jak trzeba było wracać :)

Czekam na chwile, kiedy będe mogła bawić się z Misiem w zabawy ze swojego dzieciństwa. 

- Gra w gumę, skoki na skakance i przez sznura. 
Graliśmy w Polskie, dziesiątki, kokardę czy trójkąt. to tylko niektóre techniki tego super sportu. Skakanie sprawiało każdemu dziecku mnóstwo radości. Kiedy śnieg niweczył możliwość skakania na dworze, grało się w domu, często wspierając się krzesłami, kaloryferem. Kolorowa skakanka to wcale nie mniejsza przyjemność! Największym obciachem była SKUCHA! 




- Gra w palanta i w dwa ognie.
Pod blokiem mieliśmy dość szeroką i długą ulicę. Na początku graliśmy zwykłą deską, bazy narysowane na asfalcie wykorzystywane były przez kilka dni z rzędu. Pamiętam jak jeden kolega przyniósł prawdziwy kij do bejsbola. I jak wybiłam piłkę tak, że potem każdy bał się stać naprzeciw mnie w polu. W dwa ognie grywało się na prawdziwym boisku i nikt nie lubił schodzić trafiony. 

- Chowanego i podchody.
Garść kartek i kreda. Prześcigalismy się w pomysłach na kryjówki chowając się w najdalszych zakątkach osiedla. Często szukaliśmy się po kilka godzin wymyślając coraz to kreatywniejsze zadania. Szukanie strzałek i kopert budowało nasze detektywistyczne ego. Najgorzej było, kiedy któraś grupa musiała kończyć zadanie. Zdzieraliśmy gardło krzycząc "Pobite gaaaaaaaary!" . 



- Państwa miasta na asfalcie.
Rysowało się kredą koło i dzieliło na ilość uczestników. Stojąc w kole i trzymając w ręku patyk pierwszy gracz mówi głośno tekst: 

"Lemoniada, oranżada, wywołuję wojnę przeciwko..."(tu wymienia nazwę państwa, które wzywa do walki) np. Chiny!. W tym momencie wyrzuca patyk jak najdalej przed siebie i zaczyna uciekać w odwrotnym kierunku. Wszyscy uczestnicy rozbiegają się, ale za patykiem musi pobiec tylko wywołany przeciwnik. Gdy znajdzie i przydepnie lub podniesie patyk krzyczy: "STOP!" - wtedy wszyscy muszą się zatrzymać. 
Teraz uczestnik wywołany do wojny (Chiny) wybiera państwo, któremu chce wywołać wojnę, mówiąc: “Wywołuję wojnę przeciwko Rosji”. Teraz musi ocenić swoją odległość do wybranego przeciwnika, aby znaleźć się jak najbliżej i dotknąć go patykiem. Odległość wyznaczają kroki: 
- tzw. słoniowe (jak największe kroki), 
- normalne, 
- stópki (przykładamy piętę prawej stopy do czubka palców lewej i tak na zmianę), 
- parasolki (obrót wokół własnej osi).
Uczestnik, który trzyma patyk musi i głośno podać, ile jakich kroków wykona (np. 10 słoniowych, 3 parasolki i 7 stópek) i zaczyna iść w kierunku przeciwnika. W trakcie pozostali gracze liczą razem z nim kroki, pilnując by ten nie oszukiwał i ciągle wykonywał kroki jednego rozmiaru - nie można zmniejszać np. słoniowych im bliżej celu. Oznacza to, że jeśli przeszacował, minie Rosję. Po wykonaniu wszystkich kroków zatrzymuje się. Jeśli z tej odległości dotknie przeciwnika patykiem (przed grą ustalamy, czy patyk można rzucić, czy trzeba stać na prostych nogach), ma prawo zabrać część jego terytorium. Jeśli nie zdoła dotknąć, to przeciwnik zyskuje część terytorium. 
ZABIERANIE TERYTORIUM:
Czynność tę należy wykonać stojąc na swoim terytorium obiema nogami i maksymalnie się wychylając, kolistym ruchem narysować patykiem nowe granice swojego państwa. 
Po tej czynności zawodnik, któremu "zabrano" ziemię, zaczyna kolejną rozgrywkę.
Z gry odpadają uczestnicy, którym nie pozostanie nawet skrawek własnej ziemi. Dopuszczalne jest wspaniałomyślne dzielenie się posiadanym terytorium ale wtedy wyłonienie zwycięzcy trwa dłużej. 


Pamiętacie to?



- Zabawa na trzepaku w "Ciepło - zimno" i "Kolory". 
Wspinaczka i nauka w jednym. To chyba była moja ulubiona zabawa tuż po grze w "palanta". 



- Jazda na wrotkach i butowrotkach.
Ale się człowiek musiał namęczyć, żeby osiągnąć jakąś optymalną prędkość, by poczuć wiatr we włosach. Ależ byłam dumna ze swoich pierwszych butowrotków, które miały żarowiasto zielono-różowe kolory. 



- Zbieranie karteczek, kolekcjonowanie naklejek z gum do żucia. 
Wymienianie podwójnymi na klatkach i ten zachwyt, kiedy ktoś dostał gdzieś jakiś unikat. Człowiek się cieszył jakby zdobył milion dolarów :) 

- Zabawa na kocach i w namiocie.
Zajmowałyśmy z koleżankami połowę chodnika. Rozstawiałyśmy mebelki dla lalek i potrafiłyśmy bawić się cały dzień Barbiami z przerwami na obiad. 
Wielodzietne rodziny (nawet z 9-ką dzieci), które nigdy nie miały problemów finansowych. Idylla! W każdą sobotę wystawiałam swój wielki, pomarańczowy namiot pod balkonami. Kilka dni wcześniej zapraszałam koleżanki, które stawiały się punktualnie z wiktem i opierunkiem w postaci picia, przekąsek i ulubionych zabawek. Spędzałyśmy tam cały dzień bawiąc się. Pamiętam jak zazdrośni chłopcy wyciągali nam śledzie i musiałyśmy wbijać je od nowa. 

- Gra w kozła o ścianę bloku.
Odbijało się piłkę i przeskakiwało. Kto nie przeskoczył był kozłem i tracił kolejkę stojąc pod ścianą, a kolejna osoba musiała tak wysoko rzucić i przeskoczyć by piłka odbiła się nad osobą stojącą przy ścianie.

- Kapsle.
Tor wyścigowy na całą piaskownicę. Strzelanie kapsli palcami i zacięta walka o podium. I nikt się nie fochował, że przegrał. 


- Pamiętniki, złote myśli. 
Im kreatywniejsze pytania tym lepsze. Wpisy ze skarbami na ostatnich stronach, każdy chciał ją zająć! 



Dobrej zabawy! :) 


9 komentarzy:

Wiewióra pisze...

to dopiero były czasy!!! a pamiętasz "hali hali dom się pali, wzywam strazaka o imieniu..." uwielbiałam w to grać :) a kozła znałam ale takiego zadaniowego, rzucało sie w rózny sposób piłką i rózne rzeczy sie działy... no i guma... to dopiero było! i gra w czekoladę :) ryzowało sie prostokąt podzielony na mniejsze jak czekolada a na każdym polu był inny napis np warzywa, owoce, miasta itd. a potem aie skakało mówiąc nazwę danego warzywa zaczynającego sie na dane litery... ehhh... dzięki za te wspomnienia!

Mother and son pisze...

Nie ma sprawy, też się świetnie czułam wspominając sobie te czasy :)
a w czekoladę nie grałam :)

Karolka pisze...

My na osiedlu to jeszcze bawiliśmy się w "buszujacego w zbożu". My buszowalismy a sąsiad baniak nas z kosą po polu :)

Joanna Owczarek pisze...

Nasza formuła w zabawie w Wojnę brzmiała: Wywołuję wojnę przeciwko jasne piwko, orężadka, lemoniadka- Francja i rzut patykiem.

Joanna Owczarek pisze...

I jeszcze "niebka"- gdzieś w kącie podwórka kopało się mały dołek, wypełniało się płatkami kwiatów, kolorowymi papierkami i złotkami, szkiełkami i kamykami. wszystko to zostawało przykryte kawałkiem szkła z szyby czy butelki. na koniec wszystko się zasypywało piaskiem. Niebka były odwiedzane co jakiś czas a lokalizacja zdradzana tylko zaufanej osobie.

kitty green pisze...

fajnie powspominać...państwa, miasta nie mogę skojarzyć

Paulina Kucharczyk pisze...

W Kielcach krzyczeliśmy "spalone gary" przy okazji zabawy w chowanego:) Trzepak to było bardzo ważne miejsce, tętniące życiem, na którym można było robić przeróżne obroty.To niewiarygodne, że wszystkie te zabawy przeżyliśmy;)

Z dietemistrza.pl :)

Mother and son pisze...

Świetna zabawa :)

Mother and son pisze...

Spalone gary :) No tak, też można. Trzepak uwielbiałam :) Obroty i wspinaczka to było to!

Copyright © 2016 Mother and Son , Blogger