lipca 11, 2015

Sprawiedliwy podział obowiązków małżeńskich.

Kiedy nie pracowałam, a zajmowałam się domem i dzieckiem z pokorą i w większości przypadków z radością wypełniałam obowiązki gospodyni domowej. Wychowałam się w czystym domu, gdzie sprzątanie (i inne np. czynności majsterkowicza) były na porządku dziennym. 
Pranie, sprzątanie, prasowanie, gotowanie. Mycie okien, podłóg, trzepanie dywanów, wkręcenie nowej żarówki, przybicie gwoździa, a od dzisiaj nawet drapanie papierem ściernym balkonowego drewna na płycie nie jest mi obce i straszne. 
Ba, co więcej lubię prasować (o ile nie jestem padnięta, bo wtedy jest to udręka), lubię gotować i piec i lubię wykonywać czynności, które powinien (aczkolwiek nie każdy potrafi) wykonywać mężczyzna. 
Nie boję się ich. 
Jak wspominałam, nie narzekałam na to, że mam tyle obowiązków plus ruchliwe i wymagające dużo uwagi dziecko. Starałam się ogarnąć wszystko i mieć jeszcze siłę na własne przyjemności i uśmiech dla zmęczonego pracą umysłową męża. 
Nigdy nie zostałam doceniona. Wręcz dziwne stało się to, że kiedyś kilka razy napomknęłam o tym, że chciałabym aby pochwalił to, że zawsze ma wszystko podane, wyprasowane. Co z tego, że to ot taka naturalna rzecz. Każdy lubi być połechtany za pierdołę. 

Teraz sytuacja się zmieniła.
Od miesiąca jestem stażystką w firmie, w której wykonuję pracę fizyczną. 
Nie siedzę przy biurku, nie pracuję z klientami. Noszę ciężkie palety, kartki. Schylam się wiele tysięcy razy. 
Wracam do domu i marzę często o tym, aby mój kochany synek usiadł ze mną i poczytał książkę, albo pobawił się choć pół godziny sam, bym mogła poleżeć z nogami w górze i odzyskać siłę na zapieprz w domu. 
Bo tam czeka mnie góra prasowania, ugotowanie obiadu dla Młodego, dla męża, odgruzowanie z brudnych naczyń kuchni. 




Przychodzi sobota, a ja zamiast odpocząć cieszę się jak debil, iż wyremontuje sobie balkon. Macham po drewnie papierem ściernym dwie godziny, zrywam linoleum, likwiduje szafkę. 
A potem jeszcze sprzątam piwnicę, myje 3 okna i idę z synem na salę zabaw.
Wracam i mąż oznajmia mi, że jest zmęczony, bo poprosiłam Go o wytrzepanie dwóch dywanów (w tym jeden malutki) i umycie obić krzeseł z salonu. 
I buch! wybucha pierwsza bomba, bo jak ja śmiem powiedzieć "Chyba żartujesz?" 

Nigdy tego nie zrozumiem, czy to ja jestem jakaś nawiedzona, czy mój małżonek szanowny leci sobie ze mną w kulki? 

1 komentarz:

Karolka pisze...

Nie znam rodziny gdzie rzeczywiście obowiązki są podzielone sprawiedliwie i równomiernie. Taką mamy przykrą rzeczywistośc. Dla pocieszenia powiem tylko, że muzułmanki mają gorzej.

A małżonka może warto trochę zdyscyplinowac...

Copyright © 2016 Mother and Son , Blogger